Biblioteczka podróżnika
Leave a comment

Dać mu czy nie dać dolara?

Pzybywszy do miasta udaliśmy się do kopalń. Wśród stosów wydobytej ziemi i poobdzieranych przestrzeni wychyliła się przed nami nagle czarna jama. Nim weszliśmy do niej, przewodnik nasz, który wylazł nagle z podziemia (…) zaprowadził nas do domku, gdzie kazał nam włożyć ubranie z pęcherzy, wilgotne, brudne, obrzydliwe. Po włożeniu go udaliśmy się znów do jamy, siedli w rodzaj kosza z desek, który ukazał się w jej wnętrzu, i nagle… zrobiło nam się w oczach ciemno. Poczęliśmy zlatywać na dół jakby na złamanie karku. (…) było mokro, dymno, gorąco. Teraz dopiero zrozumiałem potrzebę owych ochronnych sukni i obuwia, w jakie ubrano nas przy wejściu. (…) Na gruncie, po którym stąpaliśmy, płynęła czasem woda zaskórna, tworząc miejscami jak gdyby małe błoto lub jeziorko – miejscami sączyła się ze skał. (…) Pospieszyliśmy znowu do elewatora – rozległo się głośne „all right!” – i zostaliśmy porwani w górę. Wydostawszy się na światło dzienne odetchnąłem. Poczęliśmy dziękować przewodnikowi. Był to, jak wam już wspomniałem, człowiek dość obdarty, brudny, zasmolony, we flanelowej koszuli, w kapeluszu z powystrzępianym koliskiem i w podartych gumowych butach. Twarz jego, lubo zasmolona, miał jednak pewien wyraz dystynkcji, a jasne, niebieskie oczy patrzył rozumnie. Ponieważ był bardzo grzeczny, myślałem po wyjściu: dać mu czy nie dać dolara? – jeśli Europejczyk – weźmie, jeśli Amerykanin, może się obrazi… sam nie wiem… wygląda jakoś bardzo ubogo…
Postanowiłem nareszcie tak postąpić, jak mój towarzysz, który jako Amerykanin, powinien był wiedzieć, jak postąpić. (…)
– Wypadało może coś dać przewodnikowi? Woothrup spojrzał na mnie ze zdziwieniem:
– Jak dawno pan bawisz w Ameryce?
– Około dwóch lat.
– Ej, wy cudzoziemcy, że też wam potrzeba tyle czasu, zanim choć trochę poznacie nasze społeczeństwo!
– Alboż co?
– Nic, zobaczysz pan wieczorem.

(…)

Około godziny ósmej wieczorem stanęliśmy przed ślicznym, marmurowym pałacykiem oddzielonym od ulicy sztachetami i przepysznym trawnikiem, na środku którego wznosiła się fontanna.
– Gospodarz w domu? – spytał Woothrup człowieka, który nam otworzył.
– Yes sir! proszę do „parloru”.
Weszliśmy do „parloru” urządzonego prawdziwie ze wschodnim przepychem, pełnego brązów, obrazów, zwierciadeł, aksamitów itd.  Po chwili wszedł gospodarz i… (…) wyznaję, że zmieszałem się. Pan Little, ubrany teraz nie wykwintnie, ale przyzwoicie, w koszuli świetnej białości, umyty, uczesany, miał minę jeżeli nie księcia, bo ich tu nie ma, to przynajmniej… bankiera. Potem nadeszła jego żona, piękna, jasnowłosa „missis” w jedwabnej sukni ze złotym łańcuchem, a potem jeszcze piękniejsza miss Ellinor, siostra pani Little. Gdy panie te dowiedziały się, że jestem Polakiem, mieliśmy gotowy przedmiot do rozmowy, albowiem przed paru tygodniami grała w Yirginia City pani Modrzejewska. (…)
– O, yes! – dodał pan Little przerywając nagle rozmowę o businessie, jaką prowadził w kącie z Woothrupem – miałem szczęście oprowadzać „lady Modjeska” po naszych kopalniach.
– A czy nie dostałeś od niej parę dolarów za usługę? – spytał Woothrup. (…) Albowiem ja znam pewnego polskiego dżntelmena, który dziś rano chciał ci ofiarować dolara. Słyszysz, James? Wszyscy rozśmieli się serdecznie, pan Little zaś rzekł:
– Z cudzoziemcami, którzy zwiedzają nasze kopalnie, trafia mi się to dość często. Niedawno jeden Anglik ofiarował mi pięć dolarów, a gdym odmówił wtedy on: „weź, weź przyjacielu, pięć dolarów ma swoją wartość a zdaje mi się ż ci potrzebne.”
– Nie przeczę – odpowiedziałem – że pięć dolarów ma wartość, ale nie mogę powiedzieć żeby mi był potrzebne, albowiem mam ich pół miliona w banku nie liczą tego, co posiadam w akcjach.
Anglik wytrzeszczył oczy, a po chwili mruknął:
– Byłby pół miliona i pięć! Po czym rozstaliśmy się przyjaciółmi.
Nie potrzebuję już zapewne tłumaczyć wam, że pan James Little nie jest robotnikiem, ale głównym inżynierem i jednym z głównych akcjonariuszów kopalni. (…) W podziemiach wszystko się niszczy, rozrywa o skały, plami wilgocią, kopci dymem i sadzą. Oczywiście inżynier, który większą część dnia spędza w kopalni, w krótkim czasie musi wyglądać jak oberwaniec.

 

H. Sienkiewicz, Listy z podróży do Ameryki 😀

Sienkiewicz listy

Leave a Reply