Year: 2014

Paka dla dzieciaka

Czujecie miętę do Gruzji, prawda? 😉 Macie słabość do jej pięknych, górskich krajobrazów? Lubicie wysiadać z marszrutki “Bóg wie gdzie” i wędrować w stronę bezkresnych, słodkich winnic? A może bardzo cenicie sobie te wszystkie chwile (i niekończące się toasty) spędzone z miejscowymi? Może zastanawiacie się nawet czasem, jakby się tu odwdzięczyć za tą piękną gościnę, tylko jeszcze nie było okazji? To uwaga, jest okazja i to nie byle jaka! Dostałam dziś w nocy od Karola, mojego bliskiego przyjaciela (który jednak mimo wszystko nie fatyguje się by pisać bez powodu) taką oto wiadomość: W związku ze zbliżającymi się Świętami chciałbym was prosić o pomoc dla dzieci polonijnych z Gruzji. W małym mieście Lagodekhi mieszkają potomkowie naszych powstańców listopadowych. Działa tam organizacja polonijna – Związek Polaków w Kachetii oraz Szkoła Polska, w której uczy się 56 dzieci w wieku od 6 do 16 lat. Ludziom w Lagodekhi żyje się ciężko, panuje duże bezrobocie i powszechna bieda, co oczywiście odbija się na dzieciach, dla których rarytasem są nowe spodnie czy garść cukierków. Dlatego chcę zorganizować zbiórkę na paczki świąteczne, w których będą przede wszystkim słodycze, …

Bruskela i historia czekolady

Choć dla Europejczyków historia czekolady zaczęła się dopiero w 1502 roku wraz z czwartą wyprawą Krzysztofa Kolumba, to historia pradziadka kakao sięga czasów Majów i Azteków. Dziwne “nasiona kształtem przypominające migdały”, czyli ziarna kakaowca były niezwykle cenne i służyły za kosztowne prezenty, a nawet środek płatniczy (100 ziaren równało się dziennemu wynagrodzeniu tragarza lub cenie jednego niewolnika). Tą formę pieniądza szczególnie upodobał sobie Hernán Cortés, hiszpański konkwistador, który wylądowawszy w 1519 roku na wybrzeżu Meksyku ruszył na podbój imperium Azteków (król Aztektów Montezuma miał mu podobno podarować nawet sporą plantację kakaowca!).

Amsterdam – miasto kanałów

Przygotowując się do mojego wypadu do Brugii przypomniało mi się jak dokładnie rok temu przemierzałam z mapą w ręce uliczki i mostki Amsterdamu. Poleciałam sama. W domu powiedziałam, że znikam, by trochę odpocząć, choć tak naprawdę uciekłam leczyć złamane serce po niespełnionym (a poprzedzonym solidnymi przygotowaniami) marzeniu o przeprowadzce do Louisiany i odkrywaniu Stanów Zjednoczonych. Mimo, iż świeżo ucięto mi skrzydła (de facto sama musiałam je odrąbać – teraz myślę, że to była dopiero odwaga!) był to prawdziwie kapitalny wypad – przede wszystkim bardzo owocny i w przeciwieństwie do czasu spędzonego Wenecji uważam, że te kilka dni w Amsterdamie były jedną z największych i najlepszych lekcji historii i geografii jakie dostałam odkąd opuściłam szkolne mury (więcej relacji z zeszłorocznego wyjazdu tutaj).

Śmierć (w) Wenecji

Wenecja to piękna pocztówka. Całkiem niezłe tło do zdjęcia, którego bez wątpienia pozazdrości nam cała rodzina, zwłaszcza ta zza oceanu. Wenecja to legenda o gondolach, kochankach, namiętności, zdradach i śmierci. Dla mnie podróż do Wenecji miała być swoistą podróżą w czasie – podróżą do okresu jej świetności, złotego wieku, do czasów kupców, bogactwa, handlu i przepychu. Czasów, gdzie wszędzie słychać było gwar targowania się, stukot przeładunku, skrzypienie wielkich kupieckich barek.

Spotkanie. Podróżnicza dygresja

Trzy dojrzałe Amerykanki z solidnie przykrytymi głowami, opakowane ubraniem i wyposażone w kamery – podobni ludzie w jeden dzień zaliczają tuzin świątyń oraz jedną czy dwie cesarskie rezydencje, bez najmniejszych emocji – zatrzymują się przed słynnym kamiennym ogrodem, by zdecydowanie szybko się z nim uwinąć. (…) ogród natomiast (jedno z najdoskonalszych świadectw estetyki zenistycznej) to kilka skałek o rożnych kształtach, skałek dobranych ze szczególnym staraniem przez “specjalistów” prawie pięćset lat temu. (…) – Cute little garden – mówią trzy panie, a ta najbardziej odważna konkluduje stentorowym głosem: – As I look at those rock patterns, I can’t help thinking of…. Jesus Christ(?!?). Bardzo się obawiam, tak jak i Kipling, że ten Zachód (ten Middle West) i ten Wschód nigdy się nie spotkają. Nicolas Bouvier, “Kronika japońska”, Rozdział VI “Szary Zeszyt”

Dwa słowa o śniadaniu

Śniadanie, chłopcze. Ten prosty, poranny posiłek, po którym rozpoznaje się, czy znalazłeś się wśród ludzi cywilizowanych, czy barbarzyńców. Czy trafiłeś dobrze, czy źle. Jeżeli gdzieś nie jadają śniadania w ogóle albo dojadają resztki z kolacji, nie jest dobrze. Jeśli zaś gdzieś nie wolno czegoś spożywać lub robić różnych codziennych rzeczy, to trafiłeś pod rządy tyranów i w tym zorientujesz się właśnie już przy śniadaniu. Jeśli bogowie lub królowie wtrącają się nawet do tego, czym prosty człowiek krzepi się o poranku, to niechybnie wtrącają się do wszystkiego i ciężko będzie żyć w takim miejscu. Moja rada: najpierw przyjrzyj się śniadaniu, gdy znajdziesz się w obcych ziemiach i między obcymi. Jarosław Grzędowicz, Pan Lodowego Ogrodu, Tom 2, Rozdział VI.