Month: March 2014

Zanzibar przyprawiony

“Niekiedy o kierunku rozwoju danego regionu decydowały przypadkowe, arbitralne decyzje lokalnych władców. Przykładem może być Zanzibar, słynący z handlu aromatycznymi przyprawami, który zapoczątkował rozkaz sułtana Sayyeda. W latach 20. XIX wieku polecił on rolnikom, by w swoich gospodarstwach zasadzili po dwa drzewa goździkowe na każdą palmę kokosową, w przeciwnym razie groziła im utrata ziemi. W ciągu kilkudziesięciu lat na Zanzibarze i Pambie wyrosło 3,5 mln goździkowców. Wiele z nich nadal tam rośnie, dając co pięć miesięcy plony. (…) Na czas zbiorów goździków szkoły na Zanzibarze zamyka się, gdyż dzieci najlepiej radzą sobie na drzewach.” (Ks. Andrzej Zwoliński, Biedy Afryki, Kraków, 2009) Wycieczka na “plantację” należy do stałych punktów programu wszystkich turystów na Zanzibarze. Tzw. “spice tour” to zaledwie 3-4 godzinna wyprawa poza granice Stone Town (ok. 20-30 km), na którą chętnie wyśle nas każdy hotel, hostel oraz zabierze każdy taksówkarz w mieście. Oczywiście nie będzie to pierwsza lepsza plantacja, ale dokładnie ta, z której organizator wyprawy ma wymierne korzyści. Muszę przyznać, że na spice tour jechałam napalona jak dzik na żołędzie, a na miejscu okazało się, że muszę  się obejść… …

Diabli nadali tyle tych pieczęci

Po niejakiej chwili konsul począł się namyślać i drapać w głowę. – Panu o prostą wizę chodzi? – spytał. – Tak, byle w dobrym gatunku. – Hm!… Diabli nadali tyle tych pieczęci. – Palnij pan pierwszą lepszą. – Ale to trzeba na końcu paszportu? – Najlepiej trzymać się środka. (…)  – Zaraz, zaraz. Diab… nadali te pieczęcie! E! wie pan co? kropniemy największą, zawsze to nie zawadzi. – Kropnijmy naj…większą. Konsul wydobył z szuflady coś na kształt tarana do zabijania palów w Wiśle. – A toż to prześcieradło można by tym zawizować! – rzekłem. (…) Rozległ się głuchy łoskot stołu, na który padła pieczęć. Zdawało się, że mój paszport krzyknął: „O Jezu!” Schowałem go do kieszeni i wyszedłem.”

Aklimatyzacja powrotna. Refleksje

Od mojego powrotu z Tanzanii minął już ponad miesiąc, a życie toczy się (mniej lub bardziej) zwyczajnym torem. Była wiosna, znów wróciła zima. W natłoku spraw codziennych i niecodziennych nawet nie zerknęłam w stronę choćby zdjęć z wyjazdu, aż tu nagle, ukradkiem przemyciła mi się na biurko karteczka. Karteczka niewielka, to też zbyt wiele na niej nie zapisano. Ale to co zapisano, brzmiało tak: 17 lutego 2014 r. Aklimatyzacja niewątpliwie przebiega. Szara, bura i ponura, jak to w zimie bez śniegu. Różnica temperatury – 30-40 stopni (różnica wilgotności powietrza szczęśliwie niewielka), ale i tak wszystko skończyło się przeziębieniem. No cóż, z dwojga złego nadal lepsze to, niż malaria 😉 Poza tym dostałam dziś bardzo pocieszającą wiadomość: Jak przestawisz sobie temperaturę na skalę Fahrenheita, to wychodzi, że mamy w Warszawie 36 stopni  😉 Taaak. No to aklimatyzuję się. Wbrew pozorom w całym tym procesie to nie pogoda sprawia mi największe trudności. Powrót do pracy także nie jest jakimś problemem, wszak jak przystało na prawdziwego pracoholika w pracy czuję się jak ryba w wodzie. To ludzie. Ludzie, ludziska, lud pracujący miast (i wsi). Jest 7:40 …