Month: December 2014

Paka dla dzieciaka

Czujecie miętę do Gruzji, prawda? 😉 Macie słabość do jej pięknych, górskich krajobrazów? Lubicie wysiadać z marszrutki “Bóg wie gdzie” i wędrować w stronę bezkresnych, słodkich winnic? A może bardzo cenicie sobie te wszystkie chwile (i niekończące się toasty) spędzone z miejscowymi? Może zastanawiacie się nawet czasem, jakby się tu odwdzięczyć za tą piękną gościnę, tylko jeszcze nie było okazji? To uwaga, jest okazja i to nie byle jaka! Dostałam dziś w nocy od Karola, mojego bliskiego przyjaciela (który jednak mimo wszystko nie fatyguje się by pisać bez powodu) taką oto wiadomość: W związku ze zbliżającymi się Świętami chciałbym was prosić o pomoc dla dzieci polonijnych z Gruzji. W małym mieście Lagodekhi mieszkają potomkowie naszych powstańców listopadowych. Działa tam organizacja polonijna – Związek Polaków w Kachetii oraz Szkoła Polska, w której uczy się 56 dzieci w wieku od 6 do 16 lat. Ludziom w Lagodekhi żyje się ciężko, panuje duże bezrobocie i powszechna bieda, co oczywiście odbija się na dzieciach, dla których rarytasem są nowe spodnie czy garść cukierków. Dlatego chcę zorganizować zbiórkę na paczki świąteczne, w których będą przede wszystkim słodycze, …

Bruskela i historia czekolady

Choć dla Europejczyków historia czekolady zaczęła się dopiero w 1502 roku wraz z czwartą wyprawą Krzysztofa Kolumba, to historia pradziadka kakao sięga czasów Majów i Azteków. Dziwne “nasiona kształtem przypominające migdały”, czyli ziarna kakaowca były niezwykle cenne i służyły za kosztowne prezenty, a nawet środek płatniczy (100 ziaren równało się dziennemu wynagrodzeniu tragarza lub cenie jednego niewolnika). Tą formę pieniądza szczególnie upodobał sobie Hernán Cortés, hiszpański konkwistador, który wylądowawszy w 1519 roku na wybrzeżu Meksyku ruszył na podbój imperium Azteków (król Aztektów Montezuma miał mu podobno podarować nawet sporą plantację kakaowca!).

Amsterdam – miasto kanałów

Przygotowując się do mojego wypadu do Brugii przypomniało mi się jak dokładnie rok temu przemierzałam z mapą w ręce uliczki i mostki Amsterdamu. Poleciałam sama. W domu powiedziałam, że znikam, by trochę odpocząć, choć tak naprawdę uciekłam leczyć złamane serce po niespełnionym (a poprzedzonym solidnymi przygotowaniami) marzeniu o przeprowadzce do Louisiany i odkrywaniu Stanów Zjednoczonych. Mimo, iż świeżo ucięto mi skrzydła (de facto sama musiałam je odrąbać – teraz myślę, że to była dopiero odwaga!) był to prawdziwie kapitalny wypad – przede wszystkim bardzo owocny i w przeciwieństwie do czasu spędzonego Wenecji uważam, że te kilka dni w Amsterdamie były jedną z największych i najlepszych lekcji historii i geografii jakie dostałam odkąd opuściłam szkolne mury (więcej relacji z zeszłorocznego wyjazdu tutaj).