Przemyślenia
comments 18

“Profesjonalny bloger”? Nie, dziękuję.

Ja i mój blog stoimy na rozdrożu. Nie wiem, co powinnam dalej zrobić. Od dłuższego czasu jestem na tzw. “blogowym detoksie” i nie tworzę nowych tekstów, ciesząc się moim życiem offline. Nie oznacza to, że nie zwiedzam, nie uczę się nowych rzeczy i nie zbieram materiałów – do tego przykładam się niezwykle starannie 🙂

Jeśli chodzi o bloga, nie tęskni mi się za nim. Nie chodzi tu o pisanie (bo piszę nadal, tylko nie na blogu), ale o całą otoczkę. O social media, o współprace, o liczby, wykresy, lajki na fejsbuku, serduszka na istagramie, wyświetlenia na snapczacie – mdli mnie, kiedy tylko o tym pomyślę. Więc po co ja to sobie robię?

Dlaczego nie chcę i nie będę tzw. “profesjonalnym blogerem” ?

 

1. Zaczęłam pisać bloga dla siebie, ze swojego egoistycznego pragnienia rozwoju. A później ktoś wmówił mi, że nie mam pisać dla siebie, tylko dla czytelników. I, że teksty są za trudne. Oraz to, że powinnam pisać więcej informacji praktycznych. No to się przejęłam. Teraz, zamiast napisać tekst o starej, japońskiej metodzie wytwarzania wosku z sumaka, zastanawiam się, czy nie napisać tekstu o transporcie publicznym w Tokio. Bo to się czytelnikom przyda. Bo o to pytają. O sumaka nikt nie pyta. Kurna, ale to jest mój blog i ja pytam o sumaka. A transport publiczny w Tokio jest tak prosty do opanowania, że nawet najbardziej niedoświadczony, nieznający języka turysta nauczy się go w jeden dzień. A o sumaka nadal nikt nie pyta. No to nie piszę o sumaku. Męczę tekst o transporcie i być może kiedyś urodzę go w bólach, jakby był jeżem.

2. Jestem analitykiem. Nie jestem marketingowcem. Nie zajmuję się promocją ani sprzedażą czegokolwiek. Lubię myśleć i zadawać pytania. Za to mi płacą. Lubię moją pracę. Odkąd zaczęłam pisać bloga, spotkałam bardzo wielu specjalistów od pozycjonowania stron w wyszukiwarkach, marketingowców, PR-owców, ekspertów od social media i promocji w internecie. Zarzucili mnie toną narzędzi do wykresów, tabelek, wskaźników, współczynników i tysiąca zupełnie niepotrzebnych, bezwartościowych dla mnie liczb. (Ja wiem, to nie ich wina, chcieli dobrze. To bardzo miłe, że dzielą się swoją wiedzą, którą sami najpierw zdobywali w trudach.) Ponownie, bardzo się tym przejęłam. Uczyłam się tych wszystkich rzeczy codziennie, a jest to całkiem spore morze danych do ogarnięcia. I czułam się tam jak w klatce, czułam, że muszę, bo przecież wszyscy tak robią, jesteśmy w jakimś rankingu, przyznają nam jakieś punkty, jakieś wirtualne oceny; a co jak wyszukiwarka Google się na mnie obrazi? Co ja wtedy zrobię?!

Ale zaraz, do jasnej cholery, po co ja zakładałam bloga? Bo zdaje się, że po to, by wyżyć się na nim twórczo. Bo jestem muzykiem, bo mam artystyczną duszę, bo mnie ktoś kiedyś nauczył myśleć krytycznie i tak mi zostało. No więc jeśli chciałabym cały swój wolny czas poświęcać na współczynniki i tabelki, to poszłabym na ekonomię. Niestety ja, gdybym miała drugie, alternatywne życie, chciałabym być w nim dyrygentem, nie specjalistą od sprzedaży internetowej.

3. Współprace – Przechwałki – Cele. Bo blog podróżniczy to taka mała, prywatna korporacja. Motywujemy się wzajemnie. Trzeba mieć założone “targety” i grupę docelową, mierzyć swoje dotychczasowe osiągnięcia, dbać o klienta, dopieszczać partnerów biznesowych. Nigdy nie pracowałam w korporacji ani w obsłudze klienta, ale już chyba wiem jak to jest. Klient nasz pan. No i mamona. “Nie pojadę na wycieczkę tam, gdzie mi za to nie zapłacą” – mówią jedni. Inni ponaglają – “w zeszłym roku blog XYZ zarobił na współpracy ze znanymi markami tyle a tyle tysięcy złotych”.  Nie jesteś w rankingu “Kominka” więc się nie liczysz; napisali o tobie w tygodniku? Super! Kto był w pytaniu na śniadanie, komu zrobili lepszy makijaż, kto do radia, kto do gazety?

4. Normy etyczne. “Wiesz, bo z tym instagramem, to jest tak, że nie wystarczy robić dobre zdjęcia. To znaczy, to jest oczywiście bardzo istotne, ale żeby trafić w algorytm instagrama, tak, aby pokazywał twoje zdjęcia w polecanych, to musisz mieć dużo obserwatorów. No więc najpierw lajkujesz baaaaardzo dużo profili na insta, jakieś klika tysięcy, oni cię też zalajkowują, a ty kilka dni później po prostu musisz cofnąć polubienie. Część się zorientuje, ale część ci zostanie. Nie, to nie jest nieetyczne, ty im po prostu pokazujesz, że masz wartościowe treści”.
Serio???

Internet przyjmie wszystko, jak kartka papieru. Wystartowanie w konkursie “Bloga Roku” i obrzucanie błotem konkurencji, przy równoczesnym żebraniu o smsy to nie ciekawostka, to codzienność. Polecieć do Dubaju, zgubić aparat i chwaląc się, że w sumie ma się kasę, ale nie chce się jej wydawać, zaproponować, by czytelnicy pożyczyli na sprzęt za 8 tysięcy, podając swój numer konta na fejsbuku – wszystko jest w porządku (ba! można się nawet dowiedzieć, że jest to wzór do naśladowania, gdyż jest to “genialna akcja” która ma “spory sukces” , ponieważ “ma wiele udostępnień i umożliwia zacieśnienie relacji z czytelnikami” ). Siedziałeś, a teraz blogujesz? Świetny temat, sprzeda się. Byłeś pooglądać uchodźców na Węgrzech, teraz wszyscy cię kochają, bo ktoś im pokazał “prawdę” taką najprawdziwszą, objawioną. Nie ważne, że nie jesteś ekspertem.

Zdaje się, że moje normy etyczne zdecydowanie nie idą w parze z dzisiejszym marketingiem i social media. I jeśli ktoś ma się zmienić, to nie chcę to być ja.

5. Ilość vs. jakość. Facebook zachęca mnie do dołączenia do wydarzenia “napiszę 52 posty w 2016 r.” , a ja już wiem, że ich nie napiszę. Ja wiem, że posty pt. “Najlepsze zdjęcia, jakie zainspirowały mnie na instagramie w ubiegłym miesiącu” , “Wegańskie naleśniki w Krakowie” , “ranking najlepszych plaż Tajlandii” , “5 najlepszych atrakcji Rzymu” (trzeba o tym w ogóle pisać?) pisze się łatwo i szybko. Tyle, że mnie to nie interesuje. Taki post do mojego życia nie wnosi nic, podobnie jak do życia czytelnika. Więc po co.
Każdy mój wyjazd składa się z lektury, filmów, rozmów, właściwego wyjazdu, obserwacji, ponownej lektury i w końcowej fazie – wybrania zdjęć i napisania tekstu. Nie, tego nie pisze się na kolanie w 3 godziny.

6. Życie online. Ułuda. Wchodzę na fejsbuka. Atakuje mnie “Prosty sposób na zdobycie nowych polubień na fb” podesłany przez kolegę. No tak, liczba fanów jest ważna, albo się trafi w jakiś tam algorytm, albo trzeba płacić za “promowanie posta”. Fejsbuk ciągle ponagla – “zobacz, co robią inni” , “dodaj przycisk” , “odpowiadaj szybciej, by włączyć ikonkę szybkich odpowiedzi” . A co, jeśli nie chcę? On nadal nie słucha.

Liczba lajków pod postem nie wyznacza wartości mojego człowieczeństwa; ba, nie stanowi nawet o jakości tekstu, który napisałam. Mówi tylko o tym, jak dobrym jestem marketingowcem (mizernym, nie mam do tego serca). W rzeczywistości te “lajki” są zupełnie nieistotne. Nie wiem dlaczego tak wielu ludzi uczyniło z nich swoją “walutę” czy wręcz “bożka” . Nie lubię być 24h online, choć na razie nadal jestem. Ale nie cieszy mnie to.

7. Koszt ekonomiczny. Trzy godzin spędzone na czytaniu blogów wnosi w moje życie mniej niż 15 minut lektury klasyków, poetów, współczesnych myślicieli, pisarzy, ba, czasem po 2 minutach czytania Biblii mam więcej przemyśleń. Mówię całkiem serio. Jakaż to spora oszczędność czasu, jeśli chce się codziennie poświęcić choć chwilę na wartościową lekturę 🙂

Byłam w zeszłym roku na kilku profesjonalnych konferencjach o blogowaniu i social media. Oj, było o nich szumnie. Spotkałam tam dorosłych, zachowujących się jak dzieci. Liczyły się latające po sieci #tagi, kto się jak ubrał, kto co zjadł i czy było z Lidla. Puste, płytkie prelekcje nie wniosły do mojego życia absolutnie nic, choć bywało, że konferencja trwała dwa dni.
Kilka dni temu też byłam na konferencji. Dwie godziny. W siedzibie World Banku w Tokio odbywała się konferencja poświęcona budowaniu miast odpornych na katastrofy naturalne w krajach trzeciego świata. Wyszłam z głową ciężką od nowych przemyśleń, niezmiernie szczęśliwa. Dlatego nigdy nie będę “profesjonalnym” blogerem. To nie dla mnie.

“Wszyscy ludzie żyją w świecie własnych wyobrażeń: są zamknięci w obrębie horyzontów wyznaczanych przez swoją wiedzę, wyobraźnię, zdolności percepcyjne i analityczne, przeczytane lektury, a nawet zasób słownictwa.”
– Bartosz Bolechów

8. Życie offline. Życie osobiste. Nie chcę być niewolnikiem bloga. Lubię moje życie oflline. Jest piękne i znacznie ciekawsze niż to online. I są tam prawdziwi ludzie, tacy, co wytwarzają 36,6*C. Swego czasu, gdy rozwój bloga był dla mnie jednym z najistotniejszych priorytetów, potrafiłam sporo poświęcić na to (niezwykle czasochłonne) zajęcie, zaniedbując wiele sfer życia osobistego – zaniedbując bliskich ludzi, swoje zdrowie, relacje z Bogiem czy… po prostu inne hobby, których mam jeszcze kilka, prócz podróżowania. Nie było w moim życiu żadnego balansu. Była praca – ta “normalna” i praca na blogu. Dwie prace. Nic więcej.

Ostatnio coraz bardziej przypominam sobie jak fajne jest “życie osobiste” i co to właściwie znaczy. To, że w sumie mogę gdzieś pojechać, coś przeżyć i nikomu o tym nie powiedzieć. To takie zabawne 🙂 Albo powiedzieć tylko jednej, wybranej osobie. Albo wysłać list pocztą lotniczą. W końcu Japończycy produkują tony pięknej papeterii, więc grzechem jest jej choć raz nie wykorzystać 😉

Będę pisać. Ale teraz tylko w wolnych chwilach (w Japonii nie mam ich zbyt dużo), więc nieregularnie. Ale będą to dobre teksty. Takie, których nie wstydziłabym się położyć na biurko w czasie rozmowy o pracę i powiedzieć – spójrz! Oto ja.

A teraz pozwólcie, że Was tu samych zostawię.
Zabieram książkę i idę czytać do parku. Podobno już rozkwitły wiśnie 🙂

Izabela sakura

 

18 Comments

  1. Anonymous says

    Ciekawy post i przemyślenia:) Czekam na tekst o wosku i sumaku 🙂 (nie musi być zaraz ) Pozdrowienia z Polski i wesołych świąt! Olga

    • I na to czekałam! Dzięki Olga, będzie o sumaku 🙂
      Wesołych Świąt 🙂

    • Dzięki Hanna! Przemiana jakaś nastąpiła niewątpliwie, bo… zauważyłam, że ja się po prostu lepiej teraz czuję 🙂 No i taki tekst mi się w Wielki Piątek popełnił, prawie jak spowiedź wielkiego grzesznika 😉

  2. i bardzo dobrze. Ja mam bloga, na którego od 2 miesięcy nie zaglądałam 😛 bo nie mam czasu ani chęci (przykre to trochę)… jak doładuję baterię to wrócę. I tak jak ty blog piszę dla siebie, nie dla innych i pewnie nigdy nie będzie przez to popularny. Nie mam również instragrama, tweetera czy specjalnej stronki na fajsie :P. Ale jeśli kiedykolwiek chciałabym pokazać swój blog szerszej publiczności to tylko poprzez dodatkową stronkę na fejsie i to też nie z zalożeniem, że będzie ją sledzić kilka tyś. osób :).

  3. deb says

    Świetny wpis 🙂 Blogów podróżniczych i wielkich podróżników, którzy prześlizgują się po tematyce jest już wielu. Pisz tak jak chcesz i o czym chcesz, a znajdą się tacy, którzy to docenią 🙂

  4. A ja stekiem wyzwisk i bluzgów obrzuciłem Cię już na priwa. Oczywiście by nie psuć sobie wizerunku oraz wskaźników pozytywnego wydźwięku tworzonych przeze mnie treści, analizowanych później przez aplikacje monitorujące moją markę 😉

    Wracaj do nas czasem! 😉

  5. Nic dodać nic ująć. Sama swego czasu chciałam napisać taki tekst, ponieważ zaczęłam wątpić, czy jeszcze można cokolwiek robić dla przyjemności. Liczy się tylko ten cały kołowrotek statystyk, wykresów, tabelek i lajków. I to ciągle życie w niedoczasie. Ponieważ, czegoś nie przeczytałaś, z czymś nie zdążyłaś. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to aby dla nas. Może nie tędy droga. Dlatego, apeluję pisz “pod siebie”, a będzie jak być powinno:)

  6. Iza, kolejny mądry tekst w naszym światku. Ja też mam wśród wszystkich wymienionych przez Ciebie punktów, kilka, z którymi szczególnie się zgadzam.

    Z punktem pierwszym jest tak, że ja nigdy nie sądziłem, że pisze dla siebie. Raczej od początku wiedziałem, że piszę dla czytelników, nie wiedziałem tylko dla jakich i jakie te teksty mają być. Potem się dowiedziałem i przy okazji okazało się, że sporo mądrych ludzi mamy w społeczeństwie. Tak więc mi nikt niczego nie musiał wmawiać. Piszę dla innych.

    Punkt dwa ma w sobie wiele prawdy. Za dużo mówi się o SEO i SM, za mało o istocie, czyli ciekawych treściach. A jednak warto, jeśli ma się dobre treści, zadbać szczególnie o SM, bo właśnie SM przyniosą tych, których kochamy, czyli czytelników.

    Punkt trzy – nie mam nic do dodania, jest jak jest 🙂

    Punkt cztery – zgadzam się, etyka jest ważna, często ignorowana. Choć może nie powinienem sie odzywać, bo brałem udział w BR2015.

    Punkt pięć – zdecydowanie jakość!

    Punkt sześć – to chyba najważniejszy punkt. Zrozumienie, że balans między życiem w sieci a życiem normalnym, musi być zachowany, sprawi, że przeżyjemy jako ludzie. Trzeba do tego dojrzeć, nauczyć się tego. Ja też musiałem się tego uczyć, każdy kiedyś musi.

    Punkt siedem – dla mnie jedna część mojego życia wiąże się z ekonomią. Jest to moja praca, z której lecą do mnie prawdziwe $. Blog to pasja, na pasji można zarobić, ale niekoniecznie można z niej żyć… szczęśliwie. Bo sprzedając siebie i pasję jesteśmy związani z tymi, którzy płacą, a wtedy pasja zmienia się w profesję 😉

    Punkt osiem – ciesz się tym czasem w Japonii! 🙂

    Pozdrawiam i do zobaczenia w PL! 🙂

  7. Ula says

    I bardzo dobrze. Będę czekać na nowy tekst – w stosownym czasie

Leave a Reply