Hiszpania, Miasta i miasteczka, moje ulubione
comments 11

Urlop za krańcem świata

Znów wracamy z drogi.
Skąd? Zza krańca świata, to oczywiste, a jak wiadomo świat kończy się za Słupami Heraklesa.

Pewna zamieszkała przez piękne ptaki wulkaniczna wyspa (ostatnia erupcja wulkanu miała tu miejsce w 1909 r.) poprzecinana jest klifami i stromymi wzniesieniami na północnym wybrzeżu. Nie, to nie Islandia, tam już byliśmy. Różnica temperatury między obiema wyspami to bagatela 20 stopni na plus dla naszego ostatniego celu, z tym, że na Islandii byliśmy (prawie) latem, a tutaj – zimą. Gdzie więc wywiało nas tym razem?

IMG_9334


Usiądźcie wygodnie, opowiem wam pewną historię 🙂

Skąd w ogóle wzięły się jakiekolwiek wyspy za krańcem świata (bycie krańcem świata przecież zobowiązuje, czyż nie)? Świat kiedyś (dawno, zanim jeszcze stał się okrągły) nie kończył się wraz z Gibraltarem, gdyż za nim rozciągał się mityczny kontynent Atlantydy, którego ziemia obfitowała w drewno, drogie metale i diamenty, a jego mieszkańcy byli mądrzy i szlachetni. Wraz z nimi cudowną krainę zamieszkiwały Nimfy Zachodzącego Słońca, Hesperydy. Opiekowały się niebiańskim ogrodem, w którym rosło drzewo rodzące złote jabłka. (Wprawdzie nie było tam Władimira Władimirowicza, ale jabłek się też ot tak nie rozdawało – w końcu złote). W strzeżeniu ich pomagał nimfom Ladon – stugłowy, ziejący ogniem smok o niezwykłej sile, który podobno nigdy nie zasypiał. Zdarzyło się pewnego razu, że niejaki “pół-Grek pół bóg-wie-co” Herakles dostał za zadanie zdobyć jedno ze złotych jabłek. Poprosił więc o pomoc Atlasa (Chucka Norrisa też jeszcze nie było), gdyż ten łatwiej mógł przemknąć obok smoka, zgładzić go i wykraść jabłko, a w zamian za to Herakles miał go zastąpić w czasie jego nieobecności. Nie była to praca lekka, gdyż Atlas trzymał na swoich barkach cały świat… W tym też czasie mieszkańcy Atlantydy popadli w niełaskę pana Olimpu, Zeusa. Ten, nie chcąc dać im szansy zbudowania choćby podłych kon-tiki, nie mówiąc już o porządnej arce, w ciągu jednej nocy zgładził Atlantydę wielką erupcją wulkanu i zmył ją ze świata wysokim tsunami (choć zapewne wtedy jeszcze kraj Wa był w zupełnej rozsypce, a bogini Amaterasu nadal siedziała w jaskini). Atlas cudem ocalał, pozbierał jabłka i wrócił, choć pieśniarze przez kilka wieków opowiadali o jego męstwie i walce ze smokiem. Nie wiadomo dziś, czy faktycznie pokonał smoka, czy też ten zginął przypadkiem w erupcji wulkanu. Atlantyda, co wiadome, zatonęła, jednak nie w całości –  jej najwyższe szczyty nadal górują nad grzbietami fal i właśnie dzięki nim części ludzi udało się zachować życie. Na pozostałościach starego kontynentu potomkowie dawnych mieszkańców Atlantydy – Guanczowie, zaczęli od nowa tworzyć osady i je zasiedlać. Co natomiast stało się ze smokiem? Legenda głosi, że z każdej kropli smoczej krwi, która upadła na ziemię, wyrosła drakaina (dragon tree, Dracaena draco, Dracena smocza czyli…SMOKOWIEC), symbol wysp ↓

El Drago (6)

Kształt licznych, pokręconych gałęzi draceny przywodzi na myśl długie szyje stugłowego smoka.

El Drago (1)

Co więcej łączy dzisiejsze smokowce z Ladonem? Dla ludu Guanczów, który ocalał na wyspie po zatonięciu Atlantydy drzewo miało właściwości magiczne. Macie wątpliwości? Spróbujcie naciąć korę lub liście smokowca, a zobaczycie utleniającą się na czerwono ciecz. To smocza krew 😉

Najstarszy (liczący ponoć ponad tysiąc lat) i największy smokowiec znajduje się na północy wyspy w miejscowości Icod de los Vinos, która przez ostatnie dni była naszym domem 😀 Spokojnym (po 21 prócz dwóch pobliskich barów można nawet śmiało powiedzieć – prawie wymarłym), cichym (jak wyżej, dodając do tego rechoty żab w okolicznych sadzawkach) miasteczkiem. Jak wyglądało?

Icod de los Vinos nocą

Icod de los Vinos by night (13)

Icod de los Vinos by night (12)

Podobno Icod założone zostało w 1501 roku. Przed podbojem wyspy przez Hiszpanów było ważnym ośrodkiem ludności Guanczów. Dziś odwiedzają je wycieczki turystów ze względu na dracenę draco i wytwarzane tu wina (nie bez powodu jest to Icod de los Vinos).

 Icod de los Vinos za dnia

Icod de los VIinos (14)

Do Icod jeszcze wrócimy – i na blogu i w rzeczywistości (chciałam Wam jeszcze pokazać jak mieszkaliśmy). Będzie też więcej o roślinach, które widzieliśmy, nie tylko w parku smokowca. Tymczasem dziękujemy ci Teneryfo za piękną gościnę, było wspaniale!

Izabela flower

* za wyjątkiem Chucka Norrisa zbieżność faktów, mitów i postaci nie jest przypadkowa 🙂

Ibazela, z pochodzenia Sanoczanka, Japanofil, trochę turystka – trochę podróżnik, wolontariusz tęskniący za Afryką i etnograf-pasjonat. Uważa, że świat wiele by stracił bez alzackiego wina, bułgarskiego olejku różanego i… żelek Haribo.

11 Comments

  1. Piękna historia, a czyż nie po opowieści, po ich potwierdzenie lub też wyzbycie się marzeń, jeździ się w najodleglejsze miejsca? Właśnie za krańce świata? 🙂
    No i rośliny… pamiętam swój pobyt w Nepalu i to zaskoczenie, że rododendrony to nie krzewy, tylko ogromne drzewa. Herbata o poranku na werandzie lodgy… z widokiem na 6 i 7 tysięczniki. Magia! 🙂 Stąd doskonale Cię rozumiem z patrzeniem na smokowce 🙂

    • Osmol, jak mnie będziesz tak rozpływał swoimi opisami, to kiedyś po prostu wsiąknę w dywan… i skończy się pisanie! 🙂
      A tak serio – dzięki, że wpadłeś 🙂

  2. Pingback: La Orotava – najpiękniejsze miasto Teneryfy | WOJAŻER | blog podróżniczy

  3. Podziwiam tak sobie te Smokowce i szczerze mówiąc nie wiedziałem o ich istnieniu 🙂 Ahh ta Hiszpania, czym jeszcze mnie zaskoczy? 🙂

    • Ech, Darek, ja cały czas jestem jeszcze pod wrażeniem krwawych historii Barcelony, a Ty znów coś nowego popełniłeś?! 😉

  4. Pingback: Najstarszy mieszkaniec Tokio | Japonia. Blog z podróży do Japonii

Leave a Reply