Biblioteczka podróżnika Przemyślenia

Spotkanie. Podróżnicza dygresja

Trzy dojrzałe Amerykanki z solidnie przykrytymi głowami, opakowane ubraniem i wyposażone w kamery – podobni ludzie w jeden dzień zaliczają tuzin świątyń oraz jedną czy dwie cesarskie rezydencje, bez najmniejszych emocji – zatrzymują się przed słynnym kamiennym ogrodem, by zdecydowanie szybko się z nim uwinąć. (…) ogród natomiast (jedno z najdoskonalszych świadectw estetyki zenistycznej) to kilka skałek o rożnych kształtach, skałek dobranych ze szczególnym staraniem przez “specjalistów” prawie pięćset lat temu. (…)

– Cute little garden – mówią trzy panie, a ta najbardziej odważna konkluduje stentorowym głosem: – As I look at those rock patterns, I can’t help thinking of…. Jesus Christ(?!?).

Bardzo się obawiam, tak jak i Kipling, że ten Zachód (ten Middle West) i ten Wschód nigdy się nie spotkają.

Nicolas Bouvier, “Kronika japońska”,
Rozdział VI “Szary Zeszyt”

Chinese-Japanese (5)

Chinese-Japanese (6)

Gdy obserwujemy sposób, w jaki Japończycy zwiedzają własne świątynie, zastanawiamy się nieraz, czy dzisiejsza Japonia ma większe szanse na spotkanie z dawną Japonią. W Srebrnym Pawilonie (Ginkakuji) z kwadransu na kwadrans rośnie tłum przy bambusowej bramce, tłoczą się niemal całe wioski, szkoły. (…) Nagle, po dziesięciu minutach, zostałem sam. Odbębnili sprawę po mistrzowsku.

Nicolas Bouvier, “Kronika japońska”,
Rozdział VI “Szary Zeszyt”

Chinese-Japanese (7)

W ostatnich miesiącach prasa z lubością donosiła o kolejnych skandalicznych zachowaniach chińskich turystów (według autorów nie ma nic gorszego od nowobogackiej bezczelności i ignorancji w wersji chińskiej; z drugiej strony nie chce się wierzyć – czyżby ktoś w końcu odebrał Amerykanom palmę pierwszeństwa?). Młode panienki widoczne na zdjęciach to bynajmniej nie Japonki – to Chinki. Cudzoziemcy przebrani w japońskie stroje i “paradujący” w nich po zabytkach Kioto nie należą wszak do rzadkości. Wprawdzie zachowanie dziewcząt wpisywało się w kanon przyjętych norm turystycznych w 100% (czyt. wyrażały krótkie “och” i “ach” nad przypadkowymi obiektami, pozowały do zdjęć szczebiocząc przy tym radośnie), to nie prowadziło to jednak to żadnej głębszej refleksji. Ale może niepotrzebnie się dziwię? Może to ta bliskość kulturowa Kraju Środka i Kraju Kwitnącej Wiśni sprawia, że mieszkańcy Chin czują się w Kioto jak Polacy na objazdowej wycieczce po czeskiej Pradze?

Poniżej – dziewczęta, nigdzie indziej, jak właśnie w ogrodach
wspomnianego przez Bouviera Srebrnego Pawilonu

 (spokojnie, śledziłam je tylko przez 5 minut, później mi uciekły 😉 )

Chinese-Japanese (1)

Chinese-Japanese (2)

Chinese-Japanese (3)

Chinese-Japanese (4)

Zastanawiałam się dlaczego właściwie ten fragment książki Bouviera tak bardzo mnie poruszył, wszak to wspaniały erudyta, mistrz pióra i (jeśli czytałeś / czytałaś  “Oswajanie Świata”, to wiesz o czym mówię!) fragmenty, które chciałoby się zacytować napotykam co krok. Może to co innego, może po prostu odnalazłam tam swoje własne obawy i mój lęk przed… powierzchownością? Nie podróżuję, by gdzieś “być”, lub, by wyjechać i gdzieś “nie być”. Wszystko, co robię przez całe moje życie, robię po to, by uczyć się i poznawać. W końcu to ciekawość świata co rusz wyrzucała naszych przodków ze Starego Kontynentu ku Nowym Lądom. Ciekawość to podstawa poznania.

Nie czuję się turystą, natomiast do podróżnika nadal mi daleko (lecz jest do czego dążyć!). Jestem takim, powiedzmy – aspirantem do podróżnika. Prawdziwym przerażeniem napawają mnie natomiast mi współcześni, urodzeni w i po latach 80. “ekspaci”, “gap-yaear’owcy” i backpackerzy. Tych ostatnich chyba nie lubię najbardziej. Gdy czytam komentarze

Na chodniku z piwem posiedzieć, obserwować ludzi, pofocic to i tamto, pozaglądać w boczne uliczki…to jst moje top. Od 5 lat mieszkam rzut beretem od Terrakotowej Armii w Xi’an i jakos nie mogę się ‘zmusić’ *

lub (komentarz o Ermitażu w Piterze)

Nie da się ukryć, że budynek robi wrażenie. Ale czy koniecznie trzeba wchodzić do środka? Dla niektórych wystarczy, że obejrzą go z zewnątrz 🙂 *

to po prostu mdleję! Czy naprawdę, ale to naprawdę można zwiedzać świat, chełpić się mianem owego “podróżnika” i być zarazem tak ślepym… ignorantem? Co więcej, cieszyć się i być z tego dumnym? Może to jak z żołnierzami – po wielu latach wojen niewiele jest w stanie ich poruszyć, są jak kamienie. Może jest też coś takiego, jak podróżnicze PTSD? Wiem jedno, jeśli kiedykolwiek dojdę do wniosku, że wolę sobie piwo popić i pofocić, bo taki Ermitaż to ładny budynek i można go sobie z zewnątrz pooglądać, to będzie to ewidentny znak, że czas spalić paszport i nigdy więcej nie wychodzić z domu, bo rozum mnie zwyczajnie opuścił.
Boże, uchowaj.

 

Izabela Japan

 * źródło komentarzy

 

  1. Na początku swoich bardziej świadomych wojaży strasznie ekscytowałam się amerykańskimi backpackersami. Byli dla mnie odzwierciedleniem tego wszystkiego, czego – z różnych powodów moich życiowych i rodzinnych – nie mogłam zrobić albo musiałam mocno ograniczyć. Potem zauważyłam, że wielkie rady sprowadzają się do przeżucia oczywistych oczywistości. A świat zawęził się do top 10 to see, 5 must do, 15 places to check. Wszystkie miejsca powtarzają przewodniki i raczej nic w moje życie nie wnoszą.
    Zachowanie w świątyniach (i nie tylko świątyniach), o którym piszesz, nie jest domeną ani Amerykanów, ani Chińczyków. Raczej osób z wystarczającą ilością gotówki by podróżować ale niewystarczającej na kulturę osobistą. Jestem Rosjanką, a do swoich rodaków przyznaję się rzadko za granicą bo opada mi wszystko jak niektórych obserwuję. Polaków w takich sytuacjach też widziałam.
    Czasami mam wrażenie, że przemysł turystyczny wyzwala w tych ludziach to co najgorsze. Bo można, bo egzotyczne, bo jutro nas tu już nie będzie.

    • Tatiana, bardzo trafny komentarz! Gdybym mogła, pewnie ukradłabym go i podpisała jako mój 😉
      Masz sporo racji w tym spostrzeżeniu o proporcji gotówki i kultury. Co do amerykańskich backpackersów i ich “must see” – póki jeszcze żyje się marzeniami, w naszych oczach są prawie jak ci, co chwycili Boga za nogi. Gdy samemu zacznie się podróżować – mydlana bańka pryska! Miałam tak samo! 🙂

  2. Gdy czytam twój wpis przypomina mi się rodzina (polskich) turystów w Paryżu. Kłócili się o to kto ma odbyć “wspinaczkę” do Sacre-Coeur… Najpierw chcieli losować, potem wydelegowali ojca i kazali robić ciekawe foty i ze dwie “samojebki” “No idź, rób, my idziemy do sklepu po magnesy” :/

    • Hahahahah! Bo najważniejsze, to efektywny podział zadań 😉 Przecież praca nie powinna się dublować. Ergonomiści 🙂

  3. Widzę to trochę inaczej. To znaczy tak samo :D, tylko inne znaczenie przypisuję pojęciom. Pod sloganem ‘backpackers’ kryje się dla mnie coś naprawdę wartościowego- zwiedzanie, odkrywanie, poznawanie, doświadczanie, chłonięcie miejsc, do których człowieka poniesie. Także wielka ich ciekawość, wręcz konieczność zobaczenia wszystkich historycznych pozostałości, niesamowitych zjawisk przyrody itd. To o czym piszesz, to dla mnie nic innego, jak mniejsze lub większe znudzenie życiem, brak pomysłu na niego. Wyjadę gdzieś, ok, tani lot, ok, inni wyjeżdżają, ok, niech będzie. Dobra, jestem na miejscu, strzelę fotkę, nie jest nawet tak źle, a jaki tu browar regionalny, a ten zabytek polecacie, aha wejście płatne, nie, to nie opyla się itd. Może trochę generalizuję, nawet na pewno, podziałał na mnie ten okupujący chodnik piwosz 😀

    • Pod sloganem ‚backpackers’ kryje się dla mnie coś naprawdę wartościowego- zwiedzanie, odkrywanie, poznawanie, doświadczanie, chłonięcie miejsc, do których człowieka poniesie.(…) To o czym piszesz, to dla mnie nic innego, jak mniejsze lub większe znudzenie życiem, brak pomysłu na niego.

      Natalia, przyznaję rację. Trafiłaś w 100% w sedno! Powiem więcej, lepiej zrozumiałaś to co chciałam przekazać, niż ja sama, gdy pisałam ten tekst. Teraz, po Twoim komentarzu, to wręcz wypadałoby go poprawić!

  4. Miewam często podobne przemyślenia, ale najbardziej ostatnio irytują mnie nie “backpackersi” według Twojej definicji, ale znudzona życiem młodzież. Trochę tak, jak opisała to Natalia powyżej – brak pomysłu na życie, a przy okazji jakieś przekonanie o wyższości. Zamiast wykorzystać podróż w dalekie miejsca jako możliwość rozwoju siebie i nauczenia się nowego języka, podejścia do życia, historii, czegokolwiek, siedzą sobie w kawiarenkach i… się nudzą. Ostatnio w Marrakeszu szłam za jakąś parą z Polski i dziewczyna po wyjściu z jednego z zabytków na widok sprzedawców na ulicy stwierdziła piskliwym głosem: “O Boże jaka dzicz”. I miała w nosie, że była w mini spódniczce i topie bez pleców w kraju w większości muzułmańskim, przecież to nie ona się miała dostosować, co to to nie. Z jednej strony tanie loty i hostele umożliwiły wielu zobaczenie świata i nauczenie się czegoś, a z drugiej dały dostęp do jeżdżenia po świecie każdemu. Nawet osobie, która ma wszystko w nosie, ale jedzie, bo warto się pochwalić na FB. Strzeli kilka fotek, wrzuci na Insta, a potem zaszyje się w hotelu i z rodakami zacznie obrzucać daną kulturę błotem.. Im więcej podróżuję, tym częściej się z tym spotykam i dotyczy to każdej narodowości. W Japonii płytkie ochy i achy na widok czegoś “egzotycznego” słyszy się na każdym kroku – najbardziej rozbroiła mnie kiedyś grupka bodajże z Ameryki, której udało się zwiedzić Todai-ji w Narze w jakieś 5 minut, a ja tam spędziłam pół dnia… 😀 “Oh my God, amaaazinggg”!, kilka selfies i można iść dalej… No i jak tu się nie denerwować?

    • Zamiast wykorzystać podróż w dalekie miejsca jako możliwość rozwoju siebie i nauczenia się nowego języka, podejścia do życia, historii, czegokolwiek, siedzą sobie w kawiarenkach i… się nudzą.

      Ech, chyba faktycznie wszystko zaczyna się od “ciekawości świata”. Przecież tak naprawdę wcale nie trzeba podróżować, by mieć ciekawe, pełne pasji i bogate życie. Tak samo, jak można nie mieć pasji, a po prostu gdzieś wyjechać…

      Dzięki za komentarz Karolina, jest bardzo trafny! 🙂

  5. Każdy ma swój sposób na podróże, mnie np. od zabytków bardziej interesuje natura. Jednak z chęcią odwiedzam zarówno te znane jak i mniej popularne świątynie czy inne ważne (lub po prostu ładne czy ciekawe) miejsca w danym kraju. Denerwują mnie niektórzy turyści (w tym młodzi “backpackersi”), którzy nie szanują danej kultury i np. krzyczą i sieją zamęt w miejscach sakralnych (chociażby Chińczycy w Angkor Wat czy Rosjanie w Wietnamie). Zgadzam się w większości z Twoimi słowami, sama czasem łapię się na tym, że robiąc zdjęcie myślę o tym, że ładnie będzie wyglądać na Facebooku czy Instagramie. Ale walczę z tym i nie chcę być takim backpackersem, o którym piszesz. I podoba mi się określenie aspirant do podróżnika! Czuję się podobnie 🙂

    • czasem łapię się na tym, że robiąc zdjęcie myślę o tym, że ładnie będzie wyglądać na Facebooku czy Instagramie. Ale walczę z tym

      Kinga, muszę się przyznać bez bicia, że niestety ja też! Ale dobrze przynajmniej, kiedy człowiek się jeszcze na tym łapie w ostatniej chwili 😉

  6. I zgadzam się i nie zgadzam.
    Irytują mnie osoby, które na drugi koniec świata jadą po to, aby siedzieć przy hotelowym basenie popijając drinki z palemką a następnie się chwaląc, że byli na Kubie, w Brazyli czy na Bali. Nigdy nie wyszli poza teren hotelu, ewentualnie pojechali gdzieś na kilka godzin klimatyzowanym autobusem.
    Irytują mnie objazdowi wycieczkowicze, którzy pojęcia nie mają gdzie są, gdzie byli, co widzieli i co zobaczą. Gdzieś ich ktoś zawiezie, oni na coś spojrzą i nawet nie próbują zapamiętać w jakim mieście byli. Ale znajomym powiedzą, że poznali Sri Lankę.
    Irytują mnie osoby, które nie szanują innych kultur i wydaje im się, że to do nich wszyscy się powinni dostosować. Top w kraju muzułmańskim, krzyki i śmiechy w świątyni, pokazywanie stóp w kierunku drugiej osoby w Tajlandii czy wejście w butach do domu w Japonii.

    Ale nie uważam, żeby niewgryzanie się w historię i sztukę każdej odwiedzanej świątyni było czymś złym.
    Dla mnie nie ma niczego niewłaściwego w tym, że ktoś jednego dnia zobaczy piętnaście świątyń, jeżeli dla niego jest to jakaś wartość.
    Czy to, że interesuje mnie kultura (kultura społeczeństwa, zasady, tradycje), ale średnio bawi mnie poznawanie w szczegółach ostatnich ośmióset lat historii jakiegoś miejsca czyni mnie tą złą?
    Bo ja taka właśnie jestem. Gdziekolwiek jadę zawsze szanuję to miejsce. Dostosowuję strój i zachowanie. Orientuję się w miarę dobrze a temat tego co wolno a czego nie wypada. Na miejscu staram się dowiedzieć jeszcze więcej. Nie strzelam zdjęć z flashem z metra mnichom o poranku w Luang Prabang czy w świątyni, gdzie jest tego zakaz. Ale zdarza mi się, że przez dwa dni zobaczę dwadzieścia świątyń, z czego historię będę znała dwóch, nazw zapamiętam na dłużej osiem. Ale zapamiętam obrazy, będę mogła przeanalizować ich wystrój czy też znaczenie. Interesują mnie ciekawostki, interesujące historie, ale rzadko kiedy czytam o tym, że budynek został wybudowany przez tego w tym roku, przebudowany w tamtym, a to skrzydło to w ogóle powstało z inicjatywy tamtego po tym jak zrobił to w roku tamtym. A do tego robię mnóstwo zdjęć.
    A te przebierające się chinki moim zdaniem – nawet jeśli ich jedynym stykiem z kulturą będzie ubranie kimona – zrozumieją ją trochę lepiej. Bo kimono i całe przygotowanie stroju i wyglądu gejszy to też pewnego rodzaju misterium.

    • Ale zdarza mi się, że przez dwa dni zobaczę dwadzieścia świątyń, z czego historię będę znała dwóch, nazw zapamiętam na dłużej osiem.

      Czasem łapię się niestety na myśleniu, o ile ciekawsze byłyby szkolne lekcje historii i geografii, gdyby można było wszystko dotknąć, zobaczyć, być tam. To prawda, nie jesteśmy w stanie wszystkiego zapamiętać, ale te dwie świątynie, które zostaną w głowie, zostaną tam na baaaaaaardzo długi czas 🙂 Podróżowanie naprawdę rozwija, jeśli tylko tego się chce 🙂

  7. O – aspirant do podróżnika! U nas jest to samo.. 😉 Wciąż się rozwijamy w tym kierunku, a gdy popatrzę wstecz na nasze pierwsze podróże – to bez ściemy przyznaję, że bliżej nam było do turystów, niż do podróżników. Niestety, do pewnych rzeczy też trzeba dojrzeć (my rozpoczęliśmy swoje wojaże w wieku 18-19 lat) – o ile oczywiście się tego chce. Czytając powyższe komentarze widzę, że wiele osób ma podobne odczucia. Też bardzo często nie mam ochoty na rozmowy z rodakami, którzy wyrobili sobie ten stereotyp ignorantów, wyjeżdżających za granicę nie po to, aby poznać bliżej jakąś kulturę, lecz raczej po to, żeby pochwalić się znajomym, a na miejscu znaleźć kompanów do wódki i ponarzekać na to czy tamto… Cóż. Myślę jednak, że na całym świecie są tacy ludzie i nic na to nie poradzimy. Grunt, to starać się rozwijać siebie, zdobywać nowe informacje i być ciekawym świata! 🙂

    • Grunt, to starać się rozwijać siebie, zdobywać nowe informacje i być ciekawym świata

      Cała prawda w jednym zdaniu! 🙂

Leave a Reply

This site serves cookies. Would you like one? (what's that?)

This site uses cookies - small text files that are placed on your machine to help the site provide a better user experience. In general, cookies are used to retain user preferences, store information for things like shopping carts, and provide anonymous tracking data to third party applications like Google Analytics. As a rule, cookies will make your browsing experience better. However, you may prefer to disable cookies on this site and on others. The most effective way to do this is to disable cookies in your browser. You may also delete them manually in your browser or set "clear history" at the end of each session.   delete-cookies-comic

  This information was brought to you following the European Commission's guidelines on privacy and data protection.

CLOSE