Podróżniczy styl życia

Travel bug, czyli tęsknota… za światem

 

Umieć żyć to najrzadziej spotykana rzecz na świecie. Większość ludzi tylko egzystuje.

(Oscar Wilde)

Ibazela, Love Traveling blog (6)

Chyba jestem jakaś… niedostosowana. Jak “normalni”, zwykli ludzie lubią posiedzieć w knajpie, pogapić się w telewizor (dzięki czemu mogą być zawsze na bieżąco z niezwykle interesującym życiem gwiazd i gwiazdeczek), pograć w planszówki z przyjaciółmi i obcymi, spędzić słoneczny weekend w centrum handlowym lub innej Ikei, a wolne chwile po pracy przeleżeć plackiem przed komputerem, ja…. jakoś nie czuję do tego pasji. Przepraszam. I przepraszam wszystkich moich wspaniałych znajomych, ale nie, nigdy nie zrozumiemy się w tej kwestii*, bo… bo to zwyczajnie nudne jak flaki z olejem. A jak jeszcze posiedzę chwilę i posłucham kto, gdzie, z kim i dlaczego (doprawdy dziko to pasjonujące nie jest), jaki kredyt z jaką ratą i że synek koleżanki z podstawówki, tej co siedziała za mną na polskim 3 ławki do tyłu i jeden rząd w lewo, to już siedzi, a pewnie i niedługo zacznie mówić “mmammo, k-u-p-a”, po prostu nie mogę usiedzieć w miejscu. Travel bug mi się zaczyna wiercić i w sumie prócz patrzenia na zegarek to już nic mnie nie interesuje, a przed oczami wyświetla mi się wielki neon “EWAKUACJA lub śmierć” i taka głupia myśl się pojawia, że jak tu jeszcze chwile powegetuję, to zapewne umrę, bo mózg już przeszedł był w tryb autodestrukcji.

Z drugiej jednak strony wystarczy dać mi plecak lub walizkę, bilet (może być w jedną stronę), a dobry humor odzyskam momentalnie (to chyba też jakieś niezdrowe. Ba, raczej na pewno niezdrowe). Pojawi się jakiś cel, pasja, może przygoda, podróż w nieznane, sprawdzenie, czy dam sobie radę. No i jak tam będzie? Wielka, wielka ciekawość. Fascynacja lub rozczarowanie. Każdy kraj to przecież taka inna planeta, a planet raczej nie wybiera się przypadkowo.

Mówią, że podróż jest ucieczką. Od szarej codzienności, od rzeczywistości, od pracy, od miasta, od dorosłości, od obaw o przyszłość, od niezdrowych relacji, od nieradzenia sobie z tym “tu i teraz”. Być może. Pewnie tak, pewnie mają rację ci, co tak mówią. Ja pewnie też uciekam, bo życie w kieracie work-buy-consume-die (pracuj-kupuj-konsumuj-umieraj) jest niezwykle męczące i bezcelowe. A lato spędzone w mieście jest w ogóle chyba za karę.

Jest jednak jakaś taka potrzeba ciągłej zmiany, świadomość tego, że coś mi umyka, że czegoś nie zauważę lub nie zdążę poznać. Ten dreszczyk emocji, gdy nagle przez jakiś czas mój dom jest zupełnie gdzie indziej, wygląda inaczej, pachnie inaczej (a ludzie mówią w jakimś dziwnym języku). Kiedy trzeba najpierw “rozpoznać okolicę”: acha, tu piekarnia za rogiem, dobrze, będzie śniadanie. Na przystanek blisko, albo dalej. O, ale jest skrót. Przez jakieś podwórko, chyba czyjeś, ale raz kozie śmierć, spróbuję. No, udało się, ale ups, znowu się zgubiłam. Ech, trudno, poszukam się później na tej mapie, co ją mam w kieszeni, a teraz chwilę posiedzę w promieniach słońca. Albo deszcz na mnie kapie, przemokły mi buty i jestem nieszczęśliwa, ale dziwnym trafem to jakoś mniej przeszkadza (wszystko mniej przeszkadza, byle nie zimno. Zimno najgorszą udręką człowieka jest!!! 😉 ). I czas przestaje istnieć, za to przestrzeń rozkwita tysiącem kolorów, albo ciemnieje i zaczyna szumieć życiem, zupełnie jak afrykańska noc. I ciągle ta sama myśl i tęsknota, że przecież świat jest tak wielki, tak piękny, a ja taka mała, z dość mocno ograniczonymi i policzonymi dniami i jeszcze bardziej ograniczonym portfelem. I mam świadomość, że nie wszystko zobaczę, mam świadomość ograniczoności ludzkiego poznania. Wszystko to marność, jak ostatnie podrygi zdychającej szarańczy. Ale, na Boga, czy cokolwiek może to zastąpić? Niby co? Telewizor full HD 42 cale? Pieczołowicie wybierana przez 3 tygodnie, sprowadzana na zamówienie skórzana kanapa w kolorze srutu-tutu, albo wymarzone, idealne, zdobione w tralalala kafelki do ułożenia na ścianie wokół… no, powiedzmy cywilizowanie, WC?

A to nie lepszy jest poranek w górskim schronisku po nocy spędzonej w śpiworze na trzeszczącej, drewnianej podłodze? Albo dwie nieprzespane noce i 800 km na liczniku tylko po to, by usiąść wieczorem z siostrą przy ognisku?

A czy coś może zastąpić widok tonących w zachodzącym słońcu dachów kamiennych domów Verony, kiedy wokół zaczynają rozbrzmiewać dzwony wszystkich dzwonnic starego miasta, a ja siedzę pod kwitnącą oliwką (sweet olive tree), której zapach tak upojny, że nigdy się już go nie zapomina?

Lub gdy, zagubiona między pawilonami wielkiej buddyjskiej świątyni, jedząc zielony groszek rozmyślam, że zaraz, za dwie godzinki stanę oko w oko z wielkim Buddą z Kamakury, o którym czytałam tysiące razy a jego podobizna z miliona zdjęć przewija mi się przed oczami, a nagle pojawia się przede mną jakaś młoda mama z synkiem i wskazując na mnie mówi do trzylatka:

「見てお姉さんは朝ご飯を食べます」。

お姉さん? To ja zostałam Oneesan (starszą siostrą)? Tzn. uznano mnie za swoją, a nie jakąś tam białą cudzoziemkę?! O matko, toż to prawie jakbym się w sekundę żółta zrobiła! 😉

Dlaczego ten travel bug tak głęboko wchodzi pod skórę, zakorzenia się i nim się obejrzysz zaczyna być integralną częścią Ciebie? I żyje z Tobą w jakiejś przedziwnej symbiozie (walczyć z tym się nie nie da, choć niejeden śmiałek próbował). Niepojęte. Tęsknić za rzeczami, których się nie zna, za miejscami, w których się nie było, za ludźmi, których się (jeszcze) nie poznało. Jak to możliwe?

* * *

Pomyślałam trochę. W sumie te problemy i problemki pierwszego świata, to śmieszne są.

 

Taki oto szczery post napisany pod wpływem ostatnich wydarzeń oraz tego, iż zostałam zaszufladkowana jako jednostka aspołeczna, ponieważ nie lubię chodzić na wesela i nie mam bladego pojęcia, czy córa mojej najlepszej przyjaciółki “już siedzi”. Nie wiem, zdolna jest bestia po rodzicach, więc pewnie już siedzi. Jak zacznie czytać ucieszę się jeszcze bardziej.

Izabela

* Nie chcąc być jednak posądzona o bycie kompletnym odludkiem, śpieszę wyjaśnić, że wielkie to szczęście mieć dom pełen znajomych (najlepiej jeszcze kiedy mogę dla nich coś zgotować, o tak!), bo nic tak nie ładuje moich baterii jak wartościowe spotkania i rozmowy z ciekawymi ludźmi (lub odwrotnie: ciekawe spotkania z wartościowymi ludźmi 😉 ).

Podoba ci się jak piszę? Spotkajmy się na facebooku lub twitterze. Jeśli wolisz moje zdjęcia na pewno polubisz mój instagram. Szukasz inspiracji? Pozbierałam je dla ciebie na pintereście! Masz jakieś uwagi? Odezwij się w komentarzach, nawet anonimowo. Też chcę wiedzieć, co myślisz o tym wszystkim! 🙂
  1. Świetny wpis! Doskonale Cię rozumiem 🙂
    Ja też z biletem i plecakiem mam od razu lepszy humor, ale wydaje mi się że nie mogłabym podróżować bez końca, myślę, że w końcu zgubiłabym cel. Po dłuższej podróży zawsze mam ochotę zalegnąć może nie przed TV, ale przed komputerem, oglądając głupie seriale i filmy 😀 albo pograć w planszówki

  2. Znam to doskonale i obawiam się, że to nie mija z wiekiem. Ta tęsknota za nieznanym, zew przygody i potrzeba aby iść pod prąd. Jestem chora:)

  3. Myślę, że sporo ludzi myśli podobnie. Ale trzeba naprawdę mieć sporo odwagi, aby czyny podążały za myślami, a ludzie są w przeważającej części bojaźliwi, leniwi, szukają wygody i co by zrobić aby się nie narobić (oczywiście są wyjątki). Pomijam sytuacje, gdy problemy zdrowotne (poważne) uniemożliwiają realizację marzeń, i trzeba wtedy nauczyć się czerpać szczęście z tego co mamy. Cieszyć się z małych rzeczy i nie dać się zaszufladkować. Ale jak już wspomniałam, lubimy się rozleniwiać.

  4. Piękne słowa. Rozumiem Cię doskonale i podzielam Twoja pasję! Tak jak Ty, nie jestem w stanie usiedziec w domu i ogladac obrazy w telewizji. Kocham odkrywać świat! Zapraszam Cię na mojego bloga, gdzie dzielę się wspomnieniami z dalekich i bliskich podróży!

    Na pewno będę tutaj zagladac 🙂

    • Dom jest fajny, żeby móc do niego wracać, a nie, by być jego więźniem 🙂
      (choć ja na swój dziwny sposób pewnie jestem domatorką 😉 )
      Pozdrawiam!

  5. Duzo w tym masz racji, ale planszowek bede bronil jak niepodleglosci ;).

    Wydaje mi sie, ze kazdy powinien robic to, co lubi. Znam wielu, ktorych relaksuje wybieranie nowej kanapy i kafelkowanie lazienki, i nie ma w tym nic zlego. Gorzej jesli taki ktos zaczyna wtracac sie w nieswje zycie – wtedy wara :)!

    Pozdrawiam!
    Marek z aguadecoco.pl

    • Hmmm, Marku, nie można odmówić Ci racji!
      Mnie relaksuje pielęgnowanie kwiatków, jednak to mieści się w granicach “ogólnie przyjętej normy” i nie budzi żadnych skrajnych emocji, a każdy przechodzi obok tego obojętnie. Z graniem na instrumencie jest podobnie – gdybym przyszła gdzieś z gitarą, wszyscy uznaliby – ok, no gitara jak każdy widzi. Ale jak przychodzę z autoharfą to słyszę “Matko! Cóż żeś Ty przyniosła?! Ty na tym grać będziesz?!” 😉
      Ludzie nie lubią, gdy coś nie mieści się w normie. W ich normie oczywiście 🙂
      Pozdrawiam bardzo serdecznie!

Leave a Reply

This site serves cookies. Would you like one? (what's that?)

This site uses cookies - small text files that are placed on your machine to help the site provide a better user experience. In general, cookies are used to retain user preferences, store information for things like shopping carts, and provide anonymous tracking data to third party applications like Google Analytics. As a rule, cookies will make your browsing experience better. However, you may prefer to disable cookies on this site and on others. The most effective way to do this is to disable cookies in your browser. You may also delete them manually in your browser or set "clear history" at the end of each session.   delete-cookies-comic

  This information was brought to you following the European Commission's guidelines on privacy and data protection.

CLOSE